Miasto stu mostów: bombowy most Pomorski

Most Pomorski to w rzeczywistości trzy mosty. Południowy, Środkowy i Północny – przez wszystkie trzy można przechodzić za darmo. Kiedyś trzeba było płacić. Co prawda tylko grosz, ale srebrny!

Most pomorski a sprawa polska

Pierwsza przeprawa, która powstała mniej więcej w miejscu dzisiejszego Mostu Pomorskiego, datowana jest na połowę XIV wieku, czyli prawie 700 lat wstecz. I 900 metrów bardziej w dół rzeki. Wiąże się z młynami, jakie wybudowano na południowej odnodze Odry. Przerzucono ją tylko nad Starą Odrą. Ale co to ma wspólnego ze sprawą Polską? Sama przeprawa w gruncie rzeczy nic. Ważne są właśnie rzeczone młyny.

Ówczesna gmina wrocławska szybko się rozrastała. Z punktu widzenia miasta mieszczanie mają wiele zalet. Na przykład płacą podatki. Mają też jednak swoje wady: muszą coś jeść. Stąd zapotrzebowanie na nowe młyny. Pojawił się tylko jeden problem – okrągły i brzęczący, nazywał się pieniądze. Jak zwykle ich brakowało. I wreszcie dochodzimy do sprawy polskiej.

Wrocławiowi pomógł Mikołaj Wierzynek Starszy, krakowski kupiec i bankier. W 1344 sfinansował budowę młynów. Jednak Mikołaj nie zbiłby swojej fortuny gdyby tak ot – z potrzeby serca dajmy na to – budował potrzebującym miastom młyny. Umowa była prosta. Mikołaj za nie płaci, a w zamian czerpie korzyści z zysków, jakie przynoszą. Dwadzieścia lat później Mikołaj Wierzynek Młodszy zorganizował Kazimierzowi Wielkiemu słynną ucztę, która pozwoliła mu zawrzeć intratne znajomości z zagranicznymi dworami i kupcami. Takie już ciekawe hobby tych Wierzynków, że finansowali różne przedsięwzięcia. I jakoś zazwyczaj dobrze na tym wychodzili.
   
50 procent zniżki

Przez wieki gospodarka tego rejonu Wrocławia rosła jak na drożdżach. Powstawały folusze, farbiarnie i wszelkie zakłady, które do swojej działalności potrzebowały wody. A most trwał. Po raz pierwszy pojawił się na planie miast Barthela Weihnera z 1562 roku. Od tego momentu można być pewnym, że mamy do czynienia nie tylko z przeprawą, ale prawdziwym mostem. Trudno określić jak był wówczas nazywany. Prawdopodobnie Młyńskim albo Werderbrücke, czyli mostem Kępy – od Kępy Mieszczańskiej. I aż do początku XIX wieku był mostem prywatnym.

Miasto odkupiło go w 1812 roku. Wówczas Wrocław należał już do państwa Pruskiego. Był to też końcowy i jeden z najbardziej kosztochłonnych okresów Wojen Napoleońskich. Prusy dosłownie stały na krawędzi bankructwa i ściągały podatki skąd tylko mogły. Ze Śląska i Wrocławia również. A Wrocław łatał budżet kosztem mieszkańców, wprowadzając opłatę za przejście przez ówczesny most Pomorski.

Przejazd furmanką kosztował srebrny grosz. Przejście – jeden grosz zwykły, czyli dwa fenigi. Ci, którzy czytali historię mostu Pokoju pewnie pamiętają, że przejście przez niego kosztowało cztery fenigi. Tak samo jak w przypadku mostu Pokoju, pieniądze wpłynęły na nazwę. Most zaczęto określać Groschelbrucke, czyli mostem Groszowym.

Stara nazwa – nowe miejsce

Po wykupie most funkcjonował niespełna stulecie. Na przełomie XIX i XX wieku rozpoczęto budowę nowej konstrukcji. Był to już okres Cesarstwa Niemieckiego i drewniany most w jednym z największych miast jakoś psuł wizerunek potęgi. Tym bardziej, że Wrocław w tym okresie przypominał wielki plac budowy. Powstawały mosty, budynki publiczne i całe osiedla.

Mostem Groszowym (wciąż) zajmowano się stopniowo. W 1879 zbudowano przejście nad śluzą, czyli dzisiejszy most Pomorski Środkowy. Później rozpoczęto pracę nad przeprawą nad Odrą Południową. Rozebrano młyny i wybudowano kamienno – ceglany most na miarę cesarstwa. Budowa trwała dwa lata i pochłonęła ponad milion ówczesnych marek. Dla porównania: wykwalifikowany robotnik zarabiał wówczas mniej więcej 50 marek miesięcznie.

Co ciekawe nowy most znajdował się około 900 metrów od poprzedniego, co w niczym nie przeszkadzało nadal nazywać go mostem Groszowym. Dwa małe budyneczki, znajdujące się przy moście od strony Rynku, miały nawiązywać do dawnego zwyczaju obierania myta za przejście.

Nieszkodliwe bomby, pomysłowi ludzie

Most Północny, łączący Kępę Mieszczańską i Rynek z okolicami Nadodrza, zbudowano już po I Wojnie Światowej. Zaczęło się od wielkiej elektrowni wodnej. Rozwijające się miasto potrzebowało prądu. Rozwijała się też północna część miasta, czyli okolice dzisiejszego Ołbina i Nadodrza. Było to główną przyczyną powstania Mostu Pomorskiego Północnego. Z tym, że wówczas jeszcze nie był Pomorski, chociaż już nie Groszowy.

Przez raptem kilka lat most nazywał się Rathenaubrucke, na pamiątkę Waltera Rathenaua – ministra spraw zagranicznych Republiki Weimarskiej, czyli międzywojennych Niemiec. Rathenau oprócz tego, że pomógł dogadać się Niemcom i ZSRR, wsławił się głównie tym jak zginął. A zginął w zamachu – zastrzelony z karabinu maszynowego i obrzucony granatami przez organizacje skrajnie prawicowe. W całej historii najbardziej przewrotny jest fakt, że w trzy lata po otwarciu nowego mostu w Niemczech do władzy doszli naziści. Rathenau jako Żyd został uznany za wroga ojczyzny, a jego morderców ogłoszono bohaterami. Most stracił patrona.

Więcej szczęścia most miał do bomb lotniczych, niż do ludzi. Pod sam koniec oblężenia Festung Breslau jedna z nich spadła bezpośrednio w północną jego część. Na szczęście nie spowodowała większych szkód. Postarali się o to powojenni gospodarze.

Most Pomorski Północny był ozdobiony basztami widokowymi. Co trzecie przęsło jedna baszta. Były otwarte i przechodnie często chowali się w nich przed deszczem. Po wojnie je rozebrano. Tak po prostu.

Sławomir Czarnecki