Miasto stu mostów: katastrofy i miłość na Tumskim

Most Tumski wybudowano w 1889 roku. Skąd więc legendy o sięgające Średniowiecza? Otóż pierwsze mosty w tym miejscu datuje się na okres początków państwa polskiego. I o ile zaręczyn Mieszka z Dobrawą dokładnie w tym miejscu nie można być pewnym, o tyle Czesława Odrowąża przez płonący most przeprowadziły same Niebiosa.

Przed wojną znany był jako Dombrucke, czyli Most Katedralny. Sami Wrocławianie nazywają go dziś Mostem Zakochanych. Związane są z nim właśnie legendy o miłości, ale też o pożarach, wojnie i katastrofach.

Kiedy dokładnie powstał pierwszy most pomiędzy Wyspą Piaskową a Ostrowem Tumskim – nie wiadomo. Najstarsze dokumenty wspominają o przeprawach w XII wieku. Most był o tyle ważny, że stanowił niemalże granicę państwową. Na Ostrowie Tumskim rozciągał się już teren kościelny. Sama wyspa podlegała prawu kościelnemu i władzy biskupów wrocławskich, w dużej mierze niezależnych od książąt wrocławskich.
   
Miłość…

Tradycją stało się już zawieszanie przez zakochanych kłódek na Moście Tumskim. Para zapina razem kłódkę i wyrzuca oba klucze od kompletu do Odry. Każdy oddzielnie. Kłódka symbolizuje trwałą miłość, która przetrwa czas. Niektórzy takich kłódek mają po dwie, a nawet trzy. Sam zwyczaj wiąże się jednak z inną legendą. Samotni powinni pogłaskać głowę kamiennego lwa pod katedrą, a następnie należy przespacerować się po Moście Tumskim. Znalezienie miłości życia gwarantowane.

Mostowi Tumskiemu rośnie ostatnio konkurencja. W związku z pogłoskami o jego remoncie  i usunięciu kłódek, popularność par zdobywa most w Parku Szczytnickim. Kłódek na razie jest na nim niewiele, ale Most Tumski zaczynał tak samo i jeśli faktycznie miasto postanowi go oczyścić, to kto wie, czy zakochani nie przeniosą się właśnie do Parku Szczytnickiego.

Łączenie Odry z wyznawaniem miłości ma znacznie dłuższą historię. Podobno czeska księżniczka Dobrawa przybyła do Wrocławia właśnie Odrą. Na Ostrowie Tumskim czekał już na nią Mieszko I. I to właśnie tutaj miało dojść do zaręczyn. Ceremonia wyglądała tak, jak powinny wyglądać zaręczyny księcia: wojowie uderzali mieczami w tarcze, a okoliczna ludność wrzucała do Odry posążki pogańskich bogów. Miało to przekonać pobożną Dobrawę o uczuciach księcia i szczerej chęci przyjęcia chrztu. Czy już wtedy stał w tym miejscu most? Nie wiadomo.
   
XXI wiek również dostarcza romantycznych opowieści. Co prawda nie związanych bezpośrednio z mostem, ale jego okolicami. W grudniu 2009 roku Wrocławska Gazeta Wyborcza opisywała historię Michała i Oli. Żeby historia była godna rycerskich romansów, okrutny los musiał rozdzielić od siebie zakochanych. Od tego czasu Michał dwa razy w miesiącu przynosił różę pod kościół świętego Idziego na Ostrowie Tumskim i zostawiał ją na oknie dla Oli. Nie wiadomo niestety, jak sprawa się skończyła.

…i ogień

Podania wspominają o jeszcze jednej historii z nieszczęśliwą miłością w tle. W latach 30.  XVII wieku córka wrocławskiego złotnika zakochała się w ubogim czeladniku. Jednak – jak to zwykle w takich historiach bywa – ojciec nie zgodził się na biednego zięcia. Zrozpaczony chłopak zdecydował się zdobyć majątek. W tym celu przyłączył się do grupy zbójców. Po dwóch latach, kiedy wyłapano już jego kompanię, wykradł skarb i wrócił do Wrocławia. Zrabowanym złotem chciał się pochwalić niedoszłemu teściowi. Niestety, ten rozpoznał pierścień swojego przyjaciela i znowu wyrzucił czeladnika z domu. Zakochany młodzieniec z rozpaczy podpalił dom złotnika. Wiadomo, że uciekał właśnie Mostem Tumskim. Legendy nie są zgodne. Niektóre mówią, że chciał schronić się na Ostrowie Tumskim przed prawem książęcym. Inne z kolei donoszą, że z wieży katedry chciał oglądać swoje dzieło. Dosięgło go jednak prawo boskie. Kiedy wyglądał przez okno katedry mur zacisnął się na jego szyi. Kamienna głowa pozostaje tam do dziś jako przestroga.
   
Most Tumski był drogą ucieczki już o wiele wcześniej. W 1241 roku pod Wrocław podeszli Mongołowie. Wieści o ich okrucieństwie przeraziły mieszkańców miasta. Jedynym bezpiecznym miejscem wydawał się być Ostrów Tumski. Błogosławiony Czesław Odrowąż, przeor wrocławskich dominikanów, wpuścił mieszkańców na wyspę. Niestety w tym samym czasie na zagrożonym brzegu wybuchł pożar. Drewniane miasto płonęło błyskawicznie. Zajął się też most odcinając drogę ucieczki ostatniemu z ewakuowanych, Czesławowi Odrowążowi. Żarliwa modlitwa sprawiła, że samo niebo zaczęło pomagać. Udało mu się przejść bezpiecznie przez Odrę i uniknąć tatarskich strzał.
   
Kiedy Mongołowie podeszli pod Ostrów Tumski, mieszkańców znowu uratował Czesław. Dzięki jego modlitwie, najeźdźców poraziła kula ognia. Niektórzy mówią, że ogień nie pochodził z nieba ale od samego Czesława, a patronem Wrocławia jest po prostu potężny, średniowieczny czarnoksiężnik.
   
Niestety, nie wszystkie przejścia przez Most Tumski były szczęśliwe. Do dziś zachował się przekaz opisujący procesję Bożego Ciała z 1423 roku. Ówczesny most był drewniany – była to typowa dla Średniowiecza forma konstrukcji mostów. Niestety, materiał nie wytrzymał naporu wiernych. W efekcie kilkudziesięciu z nich utonęło w Odrze. Była to jedna z większych tragedii w dawnym Wrocławiu.

Sławomir Czarnecki