Miasto stu mostów: kosztował krocie, miał dwie wieżyczki. Dziś Osobowicki straszy rurociągiem

Na początku był prywatnym dojazdem do cegielni na Osobowicach, bo i niczego interesującego tam nie było. Na znaczeniu zyskał dopiero po powstaniu cmentarza na Osobowicach. A kiedy cmentarz się rozrósł i zbudowano Port Miejski, miasto uznało, że potrzeba tutaj porządnego mostu.

Dwa fenigi, czyli grosik

Pierwsza przeprawa w tym miejscu miała istnieć już od XVI wieku. Przeprawa. Na most przyszło czekać jeszcze ponad 200 lat. Ile dokładnie? Nie wiadomo. Jak to zwykle z wrocławskimi mostami bywa, nie można sprecyzować, kiedy powstał pierwszy w danym miejscu. Część źródeł twierdzi, że pod koniec XVIII, inne, że na początku XIX wieku. Do takich znaków zapytania wrocławskie mosty chyba już nas przyzwyczaiły. Tak jak do tego, że zaczęło się od drewnianej konstrukcji. Na początku był to prywatny dojazd do cegielni na Osobowicach, miasto przejęło go w 1812 roku.

Nazwa mostu nie będzie pewnie wielkim zaskoczeniem – Groschelbrucke, czyli Most Groszowy, albo dokładniej Grosikowy – wzięła się od opłaty. W dawnym Wrocławiu płaciło się praktycznie za wszystko. Za przejście przez mosty także. Spacer po Moście Pokoju kosztował cztery fenigi. Most Groszowy był dwa razy tańszy. O ile za przejazd furmanką trzeba było zapłacić srebrnego grosza, o tyle pieszego kosztowało to już tylko dwa fenigi. Dlaczego więc most nie nazywał się jak powinien – Zweipfenigbrucke?

Otóż z tego samego powodu, dla którego dzisiejsza kawa kosztuje dychę, a nie dziesięć złotych. Kwotę dwóch fenigów nazywano powszechnie Groschel czyli grosik. Dokładnie tyle płaciło się za przejście nowym mostem. Nazwa szybko do niego przylgnęła. Po przejściu mostu trafiało się na dwie wsie – Różanka i Osobowice (nie należały jeszcze wtedy do Wrocławia). A także na dawne pola i pastwiska miejskie. Od nazwiska ich byłego właściciela określano je mianem Polinke Acker, czyli Polankowe Pola. Skoro już można było na nie dotrzeć, magistrat uznał, że warto je jakoś wykorzystać.

Mostem na cmentarz i do portu

Most Grosikowy znajdował się około 700 metrów dalej wzdłuż rzeki, naprzeciwko obecnego Cmentarza Osobowickiego, który to właśnie dzięki niemu powstał. Wrocław w XIX wieku bardzo dynamicznie się rozwijał. Rodziło się i przybywało coraz więcej mieszkańców. Taki już niestety smutny człowieczy los, że kto się urodzi musi umrzeć. A jak już umrze to trzeba go gdzieś pochować. Potrzebne są więc cmentarze. Skoro zaraz po zejściu z mostu trafiało się na sporą pustą przestrzeń, to dlaczego by nie ulokować jednego z nich tutaj?

Jak już wiemy, pod koniec XIX wieku Wrocław przeżywał swoje prosperity. W 1871 roku odrodziło się Cesarstwo Niemieckie, a Wrocław został jednym z jego największych miast. To zobowiązywało. W ostatnich dekadach XIX stulecia od placu budowy różnił się tym, że na stałe mieszkali w nim ludzie.

W ramach zakrojonych na szeroką skalę prac budowlanych wykopano między innymi Kanał Miejski. Dynamicznie rozwijający się handel i połączenie wodne ze Szczecinem i dalej z Bałtykiem wymagało stworzenia Portu Miejskiego. Dodatkowo w szybko rozrastającym się mieście coraz więcej ludzi – niestety – umierało. Z tego powodu rozrastał się Cmentarz Osobowicki. Jak wiadomo Boh trojcu lubit, więc władze miasta uznały, że do portu i cmentarza przyda się most – taki z prawdziwego zdarzenia.

Nowy Most Osobowicki znacznie poszerzono, wykonano z cegły, żelbetu i granitu, wydłużono i przeniesiono w górę Odry. Żywi okazali się jednak ważniejsi od zmarłych – położono nacisk na handel i zaopatrzenie a nie pamięć. Most musiał być bliżej portu a nie cmentarza. No i żeby było już naprawdę z rozmachem zbudowano nie jeden, ale dwa mosty

To jest most na miarę naszych możliwości

Budowę rozpoczęto w listopadzie 1895 roku, a zakończono w sierpniu 1897. Prace trwały więc prawie dwa lata. Już samo to świadczy o skali – jakbyśmy dzisiaj powiedzieli – inwestycji. Żeby dopełnić obrazu dodajmy, że całość kosztowała prawie 1.100.000 marek i składali się na nią: Królewska Dyrekcja Odry, zarząd prowincji śląskiej i miasto. Żeby choć trochę przybliżyć rzeczywisty koszt mostu dodajmy, że w tym czasie wykwalifikowany robotnik zarabiał około 50 marek na miesiąc.

Za takie pieniądze można było wybudować naprawdę imponującą konstrukcję. Zaczęło się od tego, że w przeciwieństwie do starego mostu nowy przerzucono nie tylko nad rzeką, ale też nad terenami zlewowymi. Widać to doskonale do dzisiaj. Przejeżdżając Mostami Osobowickimi można zauważyć, że oprócz samej Odry pod mostem znajdują się spore łąki – to właśnie tereny zalewowe, które mają chronić miasto przed powodziami.

Na planach mostu można zauważyć, że przygotowano go nie tylko pod linię tramwajową (tuż przed budową we Wrocławiu ruszyły tramwaje elektryczne), ale też pod kolejkę wąskotorową do obsługi Portu Miejskiego. Co ciekawe, dwa planowane tory są trójszynowe.

Wieżyczek nie ma… ale są rurociągi
   
Biorąc pod uwagę, że przeprawę przerzucono nad rzeką i kanałem, powstały dwa mosty – dłuższy Północny i krótszy Południowy. Oba były bogato zdobione. Północny most dodatkowo podzielono na odcinki. Środkowy – ten najważniejszy, który przebiegał nad samą rzeką zaznaczono silniejszymi filarami i wieżyczkami. W środku znajdowały się schowki na narzędzia dla służb drogowych. Nad wjazdami na most Północny wybudowano po cztery obeliski – dwa z każdej strony drogi. Z mostami był tylko jeden problem. Budowę zakończono w sierpniu a oddano je do użytku cztery miesiące później. Otóż zabrakło doń podjazdów. Powstały dopiero w grudniu.

W czasie Drugiej Wojny Światowej mosty miały sporo szczęścia. Nic nie wiadomo o tym, aby ucierpiały w wyniku walk. Tuż po wojnie zyskały nową nazwę – Mosty Osobowickie. Była, jak nietrudno się domyślić, związana z pobliskim osiedlem. Zlikwidowano też wieżyczki. Za to wzdłuż balustrad zamocowano rurociągi, które szpecą go do dzisiaj.

Sławomir Czarnecki