Wampiry i gnomy na ulicach Wrocławia. Losy świata ważą się nad Odrą

Dziesiątki tysięcy czytelników przeszło przedwojenny Wrocław razem z genialnym detektywem Eberhardem Mockiem. Ale nie tylko Marek Krajewski osadził swoje powieści nad Odrą. Dzieją się tutaj historie fantastyczne, science fiction i thrillery medyczne.

We Wrocławiu ludzie załatwiają różne mroczne sprawy. Nieludzie – duchy, demony i inni –  jeszcze mroczniejsze. W okolicach rynku od średniowiecza zdarzają się napady, tylko że czasem to czarownik-nekromanta zabija napastników. Z kolei w XXI wieku do tajemniczego i nie do końca określonego szpitala trafia ofiara otruta kremem do opalania. A do podejrzanych barów wchodzą księża należący do „Ósemki Biskupa” ochraniani przez zakonnice- karateki. Ot, miasto jak miasto.

Duchy i inne światy po apokalipsie

Zapach szkła Andrzeja Ziemiańskiego to właściwie zbiór kilku opowiadań. Klamrą większości z nich jest właśnie Wrocław i jego różne wizje. Żadna z nich nie jest jednak typowa. W tytułowym Zapachu szkła w podwrocławskich lasach agent specjalny polskiego wywiadu z czasów PRL-u strzela z tetetki do agentów współczesnego wywiadu,  sekretarka komendanta wojewódzkiego należy do ogólnopolskiej siatki wszechmocnych asystentek wszystkich szefów służb specjalnych, a po mieście krąży duch pomagający „temu dobremu” rozwiązać sprawę sięgającą śmiercionośnych eksperymentów sprzed kilkudziesięciu lat. W którą, jak to we Wrocławiu, zamieszani są nazistowscy naukowcy. Wszystko okraszone drobiazgowymi szczegółami – na przykład jak w prosty sposób wysadzić wrocławskie bloki z wielkiej płyty.

W podobnym klimacie utrzymane są Waniliowe plantacje Wrocławia czy Legenda. Ta druga traktuje Wrocław jako bramę do innego świata. Poprzez tajemniczy Instytut Snów można znaleźć się w świecie, w którym Polska jest światowym mocarstwem. A potem okazuje się, że współczesny Wrocław wcale nie istnieje. A jak komuś śni się coś głupiego to połowa miasta idzie z dymem. Ziemiański wysyła do Wrocławia też „mrocznych panów”. Takich, o których mówi się „oni”, niezależnie od poglądów. W Waniliowych plantacjach Wrocławia potrafią rozmawiać o sprawach dotyczących losów świata, siedząc na ławce nad Odrą.

Na tle tej pozornej realności ciekawie wygląda Autobahn nach Poznań. Jak to śpiewał Kazik  Staszewski – Wrocław od zawsze poddaje się ostatni!  Tym razem też. W świecie spustoszonym przez wojnę atomową, nad Odrą przetrwał ostatni na świecie raj, do którego ciągną najlepsi najemnicy z całego świata – od Moskwy po Budapeszt. W czasie, kiedy w USA liże się trawę, żeby poczuć jak to było przed wojną, wrocławskie knajpki serwują sałatę. A w luksusowych dzielnicach oficerowie obrony miasta mieszkają w domach z ogrodem. Do tego CIA wysyła tutaj swoją agentkę, żeby poznać sekrety miasta. Po to, by zmienić wynik wojny, która już się skończyła.

Diabeł tkwi w drzewach

Z chirurgiczną precyzją Błażeja Przygodzkiego jest pełne szczegółowych opisów Wrocławia. Takich tworzonych właśnie z chirurgiczną precyzją. Na przykład: jakie drzewa rosną wokół jakich bocznych ulic. Ile zajmuje spacer z centrum na Karłowice. Albo które z nowych osiedli jest chronione. I które jest najdroższe?

Te szczegóły prowadzą czytelnika przez całą intrygę. Książka podzielona jest na minirozdziały. Każdy z nich rozgrywa się w innej porze i w innej lokalizacji. Czytelnicy, którzy znają miasto, bez trudu odnajdą się w takich lokacjach jak plac Jana Pawła II, ulica Zgodna czy bar przy szpitalu Czterdziestolecia.

Warto wspomnieć o osi książki – Szpitalu Miejskim. To poniemiecki budynek noszący jeszcze na sobie ślady kul. Raczej zaniedbany. Znajduje się przy ulicy Lipowej 36. Ulicy Lipowej we Wrocławiu nie ma. Jest aleja Lipowa. Ale pod numerem 36 nie ma szpitala. Trudno stwierdzić, czy ma to jakikolwiek związek, ale pod tym samym numerem przy innej „drzewnej” ulicy znajduje się szpital z grubsza odpowiadający zewnętrznemu opisowi. Ta drzewna ulica leży około 100 metrów od alei Lipowej. Sam autor zaznacza jednak, że wszelkie podobieństwo bohaterów do osób rzeczywistych jest przypadkowe.

Z chirurgiczną precyzją zahacza o wrocławskie media. Można tu znaleźć regionalne radio Ram czy Gazetę Wrocławską. A nawet wymienionych z nazwiska wrocławskich dziennikarzy. Te wszystkie szczegóły trafią jednak przede wszystkim do mieszkańców Wrocławia i tych, którzy dobrze znają miasto. Pozostali przeczytają dobry, medyczny thriller, chociaż niestety już bez tego specyficznego smaczku, dającego książce klimat rzeczywistości.

Spacer czarownika, najazd husytów

Trylogia husycka Andrzeja Sapkowskiego naszpikowana jest wręcz odniesieniami do prawdy historycznej. Poza autentycznymi postaciami stanowiącymi oś fabuły (chociażby biskup wrocławski Konrad Oleśnicki, Prokop Wielki zwany Gołym albo książę Jan Ziębicki) pojawia się tutaj na przykład rodzina Koperników, Zawisza Czarny czy Jan Gutenberg. Wszyscy jakby przypadkowo spotykają się z głównymi bohaterami.

Szczegółów historycznych można doszukać się też w wydarzeniach – bitwach i kampaniach jakie działy się na Śląsku i w okolicach podczas Wojen Husyckich. Dobre opisane są też miasta, w których dzieje się akcja – Praga, Ziębice, Oleśnica, Kłodzko czy Wrocław. Zwłaszcza w tym ostatnim dzieje się wiele.

Trzeba pamiętać, że cała opowieść dzieje się w XV wieku, kiedy Wrocław był sporo mniejszy niż obecnie. Ale istniejące wtedy miasto opisane jest doskonale. Widać to w okolicach wrocławskiego Rynku. Spacer Birkarta Grellennort – jednego z głównych negatywnych bohaterów – zapada w pamięć większości czytelników. Tym bardziej, że znane ulice Andrzej Sapkowski zapełnia wszelkiej maści stworami nocy – wilkołakami, wampirami i gnomami. Te ostatnie akurat usiłowały dobrać się do piwnicy z winem. Taka już ich gnomia natura.

Pełne szczegółów są też spacery pozostałych bohaterów po Wrocławiu. Tutejsze kościoły z kolei dobrze widać podczas oblężenia Wrocławia przez Husytów. W tym samym miejscu książka wymienia podwrocławskie wsie – dziś już dzielnice miasta. Najeźdźcy spalili wszystkie. Ale cóż – do miasta nie należały.